LIGA EUROPY
Villarreal zwycięzcą Ligi Europy: Unai Emery zrobił to po raz czwarty!
Villarreal z pucharem Ligi Europy!/foto: interia.sport.pl
27-05-2021 02:48 Patryk Parduła

 Villarreal zwycięzcą Ligi Europy: Unai Emery zrobił to po raz czwarty!

Długo wyczekiwany finał Ligi Europy już za nami. Piłkarze zafundowali kibicom karuzelę emocji. Od słabego widowiska aż po apogeum wrażeń. Brakowało jedynie Simone Zazy, który w 2016 roku dał się poznać światu w historycznych rzutach karnych w meczu Włochy - Niemcy podczas turnieju Euro. Początek spektaklu rozpoczął się na blisko 24 godziny przed pierwszym gwizdkiem w momencie, gdy polscy kibole szaleli na ulicach Gdańska. Na całe szczęście pozostały czas odliczający do rozpoczęcia meczu upłynął w miłej i piłkarskiej atmosferze. Głównie za sprawą fanów Żółtej Łodzi Podwodnej, którzy swój entuzjazm przynieśli z ulic na stadion. Zdrowa feta udzieliła się również fanom przed telewizorami, ciesząc widzów obrazkami ludzi przychodzących na stadion po długim czasie obostrzeń.


 

Czy kogoś mógł dziwić przebieg tego spotkania? Z jednej strony nie. Liga Europy - dla wielu niższa klasa rozgrywkowa, która jest jedynie miłym dodatkiem do świata futbolu. Toteż samo spotkanie nie było zbyt porywające, Villarreal i Manchester United - dwa zespoły, które tego sezonu nie mogły zaliczyć do udanych - stanęły naprzeciwko siebie w meczu finałowym w Gdańsku. Zwycięzca mógł być tylko jeden, a okazał się nim - po raz czwarty w historii - Unai Emery, Mr. Europa League! Choć przeciętny kibic (w tym ja) mógł się czuć rozczarowany samym przebiegiem spotkania, to emocje w dogrywce zwróciły czas poświęcony na oglądanie pojedynku z nawiązką.

 

Nudny początek

Spokojny początek spotkania? A może zwyczajnie nudny? Jednak taki obrót spraw nie powinien być zaskoczeniem dla osób analizujących mecze z udziałem Villarrealu i Manchesteru United w tym sezonie. 

 

Pierwsze kilkanaście minut spotkania upłynęło na próbach rozgryzienia przeciwnika. I to bynajmniej nie przez genialnych taktyków, którzy swoją strategią zaminowali dostęp do bramki. Manchester United podejmował próby rozgrywania piłki na połowie przeciwnika w ataku pozycyjnym, które jednak kończyły się zwykle na linii dobrze zorganizowanej linii pomocy Żółtej Łodzi Podwodnej.

 

Sporadyczne rajdy ofensywnych zawodników Czerwonych Diabłów kończyły się fiaskiem lub beznadziejnym wycofaniem piłki i niecelnymi strzałami z dystansu. Samo posiadanie piłki nie jest dowodem dominacji nad rywalem, byliśmy raczej świadkami cierpliwego wyczekiwania. A co na to Villarreal? Nie za wiele. Kilka prób indywidualnych ataków, pierwotnie mających przypominać grę z kontrataku, nie przynosiły większych emocji.

 

Przełom nastąpił w 29 minucie gdy Daniel Parejo miękko dośrodkował piłkę z rzutu wolnego, a bezbłędny w tym sezonie Gerard Moreno zamienił ją na swoją 30. bramkę w sezonie. Naturalną reakcją na utratę bramki była zwiększona intensywność pracy wykonywanej przez graczy Ole Gunnara Solskjaera, ale do końca pierwszej części meczu wynik nie uległ zmianie.

 

Zezłoszczone Czerwony Diabły

Podobno Ole Gunnar Solskjær wysuszył w przerwie głowy swoim zawodnikom, co przyniosło zamierzony efekt. Nie tylko w postaci gola, ale i zmiany nastawienia, a także płynności gry. Gdyby obie drużyny wyszły w jednakowych strojach na drugą połowę, szybko zauważyliśmy, która z nich goni za wynikiem. A właśnie tego oczekiwali kibice - zwiększenia pokładów energii, które można przełożyć na końcowy triumf w Lidze Europy.

 

W okolicach 50 minuty Czerwone Diabły zdeterminowały swoje poczynania, zamykając podopiecznych Unaia Emery'ego w obrębie pola karnego. Była to znacząca różnica świadcząca o większej dominacji nad rywalem, niż przyjemne dla oka statystyki posiadania piłki. Z minuty na minutę robiło się coraz gęściej w "szesnastce" Villarrealu. Każda piłka wyrzucona poza osiemnasty metr kończyła się próbą strzały z dystansu.

 

I wreszcie nadszedł#160; ten moment: 53 minuta, próba strzały z dystansu, piłka zatańczyła w polu karnym, dopadł do niej Edisona Cavaniego (zwany przez Mateusza Borka "Matadorem") i strzałem z kilku metrów doprowadził do wyrównania.

 

Czekaliśmy jeszcze chwilę na decyzję VAR, czy wszystko się zgadza. Sędzia ostatecznie wskazał na środek boiska. Od tego momentu mogliśmy się spodziewać, że będzie tylko lepiej: więcej bramek, akcji zaczepnych, że w końcu zespoły się otworzą. Nic bardziej mylnego - wyszedł z tego niezły psikus. Co prawda następne minuty po zdobyciu wyrównującej bramki przemijały w obiecującym stylu. Zmasowane ataki piłkarzy z Manchesteru przynosiły optyczną przewagę, jednak to by było na tyle. Druga połowa minęła pod alibi sztucznej dominacji Manchesteru, który wydawał się wyczekiwać na dogrywkę z przeświadczeniem, że tam wykorzystają zmęczenie rywali. Drużyna z Hiszpanii drugą odsłonę meczu spędziła na marnych próbach przedostania się na połowę przeciwnika, ale brak doświadczenia w ataku pozycyjnym nie pozwolił na zbyt wiele.

 

Dogrywka

Zawodnicy wyglądali na podmęczonych, mimo zachowawczej gry przez 90 minutach. I tutaj Manchester United znów zawiódł kibica. Po swojej grze wcale nie wskazywało, aby angielska ekipa chciała wykończyć zmęczonego rywala. Oni po prostu nie mieli większego pomysłu na grę. Nie można odmówić im chęci. Chęci były, ale wola walki gdzieś im się pod drodze zgubiła. W żaden sposób nie przypominali drużyny, która w najbliższym czasie pragnie wznieść się na najwyższy poziom, zawalczyć o mistrzostwo Anglii czy triumf w Lidze Mistrzów.

 

Pozostała część meczu to koncert Emery'ego. Człowieka, którego zna cała Liga Europy. Jest w niej tak zadomowiony, że gdyby to był film, to skończyłby się plot twistem (z ang. "zwrot akcji"), w którym okazuje się, że to właśnie Unai jest twórcą Ligi Europy, bo te rozgrywki są wymyślone chyba specjalnie dla niego. Unai Emery: ojciec, kochanek, przyjaciel. Po raz czwarty w wielkim finale rozgrywek, na które tylko on ma patent.

 

Jego podopieczni mądrze atakowali rywali z Manchesteru, zabezpieczając swoje tyły. Tylne formacje defensywne były przygotowane na ewentualną stratę piłki przez napastników. Ataki, pod jakimi znalazł się Manchester, nadchodziły z wielu stron. Kreatywność, jaką popisywali się zawodnicy Villarrealu, wskazywała na chęć zatopienia Czerwonych Diabłów. Akcje na skrzydłach i środkiem pola., do tego próba utrzymania się przy piłce na połowie przeciwnika, dośrodkowania. Grając w ten sposób od początku meczu - zdobyliby nie jedną, a kilka bramek. 30 minut niestety nie wystarczyło. Nieubłaganie zbliżał się czas rzutów karnych, a trenerzy przeprowadzili taktyczne zmiany, wprowadzając zawodników odpowiednich do strzelania jedenastek.

 

Rzuty karne

Emocje towarzyszące przy konkursie rzutów karnych mają swoją specyficzną magię. Z każdym trafionym lub nietrafionym strzałem rośnie napięcie. Nawet bezstronny kibic, ba, nawet człowiek niebędący kibicem piłki nożnej potrafi przeżywać loterię.

 

Nareszcie nadszedł moment, który jak się okazało, zrewanżował pełne braku emocji 120 minut meczu. Rzuty karne, które przejdą do historii. Stosunek 21 strzelonych "jedenastek" do 1 nietrafionej, co daje 22 próby pokonania bramkarza z "wapna". Sporo? Trudno przypomnieć sobie mecz finałowy, w którym to bramkarze decydowali o końcowym wyniku, nie tylko broniąc, ale również wykonując rzuty karne. Niesamowite emocje. 

 

Wyznaczeni do początkowego strzelania zawodnicy byli od goalkeeperów lepsi tylko o włos. Mało brakło, a pierwsze strzały okazałyby się "pudłem". Napięcie narastało. Po 3. serii kibice spodziewali się błędu. Strzał ponad bramką, słupek, poprzeczka, a może strzał na wysokości bramkarza? Piłkarze postanowili zaserwować inne danie główne. Czekał nas długi koncert, sięgający zenitów piłkarskiej perfekcji i trzymania nerwów na wodzy. Kolejka za kolejką, czwarta seria, piąta, szósta, ósma, dziewiąta, a wszystko to okraszone idealnymi strzałami, bez szans na obronę dla bramkarzy.

 

Nadszedł jednak decydujący moment, nieunikniony i rozkręcający kalejdoskop wrażeń. Czy można winić bramkarzy za źle wykonane rzuty karne? Gero Rulli pierwszy podszedł do piłki. Efekt? Strzał oddany z taką pewnością siebie, jakby nie robił nic innego na treningach, jak tylko ćwiczył ten jeden element. I ten luz, jakby presja z wykonywaniem tak ważnej "jedenastki" nie była zbyt szczególna. Podszedł, rozpędził się i strzelił tam, gdzie właśnie chciał. Od tego momentu wszystko spoczęło na barkach Davida De Gei. Jakie myśli mogły towarzyszyć Hiszpanowi, który podchodził do decydującego rzutu karnego w meczu finałowym? Może zdejmował z siebie presję, wiedząc, że ma prawo tego nie wykorzystać i nikt nie będzie miał do niego pretensji? Czy ugiął się pod ciężarem chwili, której nie pamiętają najstarsi fani piłki nożnej? Tego się nie dowiemy. Wiemy jednak jaki strzał oddał - niewystarczający - Rulli obronił.

 

I tak oto została napisana historia. Villarreal z triumfem w Lidze Europy! Unai Emery po raz czwarty przeszedł do historii na długie lata.

 

Najbliższy czas zapowiada się niezwykle emocjonująco. W najbliższą sobotę na Estadio do Dragao rozegrany zostanie finał Ligi Mistrzów, ale nie zakończy to piłkarskiego sezonu. W kolejnych tygodniach rozpocznie się długo wyczekiwane Euro 2020+1 z udziałem reprezentacji Polski. 

O Ligowcy.pl

Emocje związane ze sportem, rywalizacją i wygrywaniem to nasza pasja! 


Czym się zajmujemy? 

 

Naszym celem jest połączyć sport i zakłady bukmacherskie w wysokie wygrane, mnóstwo benefitów i jeszcze więcej dobrej zabawy!

 

Naszymi partnerami są legalne w Polsce firmy bukmacherskie, oferujące atrakcyjne kursy a także bezpieczne płatności. Wysokie wygrane są na wyciągniecie ręki! Dołączysz?


Nasze motto: postaw na sport!

 

Legalni bukmacherzy