FELIETONY
Wódka oraz ogórek, czyli dlaczego Lewandowski jest przekleństwem reprezentacji?
Prawdziwe problemy w polskiej piłce/fot. Getty
16-09-2021 10:35 Patryk Parduła

Wódka oraz ogórek, czyli dlaczego Lewandowski jest przekleństwem reprezentacji?

Przygoda Paulo Sousy z reprezentacją Polski trwa w najlepsze, a drużyna właśnie wchodzi na decydującą ścieżkę, zmierzając ku przeznaczeniu. Jak się okazuje, określenie „Erudyta” (jak często karykaturalnie nazywa się w ostatnim czasie Sousę), może mieć w sobie więcej prawdy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Brakuje jeszcze, aby w swoich wypowiedziach rację miał Jan Tomaszewski - to już w ogóle byłby absurd. 

 

Czego tak naprawdę brakuje polskiej piłce? Dlaczego Lewandowski jest dla nas ogromnym problemem? Dlaczego awans na mundial w Katarze jest najmniej ważny, spośród wszystkich problemów? I dlaczego my, jako kibice, jesteśmy odpowiedzialni za stan polskiej piłki? Mam nadzieję, że tekst przysporzy mi nowych wrogów.

 

Piłka jest nieważna

Zacznę od najprostszego pytania, które nurtuje każdego niedzielnego fana kadry: czy awansujemy na Mundial w Katarze? Nie wiem i szczerze mówiąc - nie interesuje mnie to. Nie awansujemy? Udam zaskoczonego. Awansujemy? Udam zaskoczonego. Interesuje mnie za to coś innego. 

 

Czym jest DNA w piłce nożnej? Czym jest spowodowany ten paradoks w reprezentacji? Dlaczego z każdego piłkarza chcemy zrobić nowego Lewandowskiego i jak dziennikarze zabijają ten sport swoją biernością?

 

Przyznam się wam do czegoś. Po meczu Polska - Hiszpania, wielu wyskoczyło niczym króliki z kapelusza, a social media zalała fala komentarzy. Tuż po tamtym spotkaniu oglądałem wywiad z jakimś ekspertem, aż na koniec nie okazało się, że… 

 

Tak oglądam i słucham tego biadolenia po raz kolejny. Zawsze po meczu, czy to przegranym, czy to wygranym, mam wrażenie, że wszystko to odgrzewany kotlet. Osobistości spierają się ze sobą i rzucają złotymi myślami. Tu nie było inaczej. Gość czerwony jak burak, bebzon wciągnięty o tyle, ile kamera wymaga i coś tam faflunił. Gadał jakieś kocopoły, nie umiał się wysłowić, ogólnie od typa biła aura jakiejś wódeczki. Myślę: „kto to kurwa jest i co kogo obchodzi zdanie takiego typa?”. Od razu napisałem do ziomka, że beka. Nie zdążyłem wysłać wiadomości, a on uprzedził mnie tą samą szyderą skierowaną w stronę tego „eksperta”.

 

Wódeczka

No dobra, ale co się okazało i co zaczęło być ważne od tego momentu? Że to kandydat na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej… Nagle jakby mnie magiczny wir wciągnął. Uczucie towarzyszące mi zawsze w pierwszym meczu reprezentacji Polski podczas wielkich turniejów. Jakieś deja vu, w którym Szczęsny z Krychowiakiem muszą coś odjebać. 

 

I tak wciągnęło mnie w lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte, czyli czasy starych fotografii, jednych wyszarzałych, drugich jakby kawa z mlekiem się na nie wylała. Co ja mogę wiedzieć o tamtych czasach? Niewiele. Urodziłem się w 1995 roku. I całe szczęście, że nic nie wiem, bo jeszcze nie mógłbym być w błędzie, a teraz przynajmniej mam prawo gadać głupoty. Ale przez to, że nie żyłem w tamtym okresie to kiedy przeglądam stare zdjęcia - robi mi się smutno. Mam wrażenie, jakby życie w tamtych czasach wyglądało tak, jak na tych fotografiach - szaro lub w kolorze porannego pawia. I zapominam, że to tak wygląda tylko na zdjęciu. 

 

No i ten wir zabrał mnie w tamten okres i wyobraziłem sobie, jak to w tamtych czasach bywało. Wódeczka, ogóreczek, kiełbaska wyborcza i cyk - mamy nowego prezesa PZPN

 

No ale wracając - miałem wam się do czegoś przyznać, prawda? Posłuchajcie… 

 

Obawiając się o przyszłość polskiej piłki napisałem do PZPN maila z zapytaniem o warunki w startowaniu na prezesa PZPN. Żeby nie było! Nie znam się na tym, nie mam doświadczenia ani nie jestem sławny, aby pociągnąć za sobą ludzi. Uznałem jednak, że wizja chłopaka z dobrym sercem i motywacją w roli prezesa jest mniej groźna niż cofanie się w czasie i kręcenie aferek. Oczywiście nikt nie odpisał na mojego maila, nie wiem nawet, czy to przeczytali, ale jeśli tak, to musieli mieć niezły ubaw. Ostatecznie nie pamiętam nawet nazwiska tamtego pana, który natchnął mnie do próby kandydatury, ale ostatecznie i tak wygrał ktoś inny. Zobaczymy, jak to będzie.

 

To w końcu pies czy ptak?

Czasami łatwiej jest spojrzeć na niektóre sprawy z dystansem, sam lubię wyobrażać sobie, jakbym był ptakiem i spojrzał na daną sprawę z jego lotu. Podobnie na sprawy patrzyli najwięksi dowódcy wojenni w historii. Pomagało im to spojrzeć na całość z pewnego dystansu i dostrzec prawdziwą istotę sytuacji. Dla porównania: zły dowódca jest jak pies zamknięty w domu na czas wyjścia jego opiekunów (nienawidzę słowa „właściciel”). Panikuje, że został sam do końca życia i przez średnio 8 godzin wyje jakby go lali - zwłaszcza gdy jest młodszy. Widzi jedną rzecz i rzutuje ona na jego obraz świata. 

 

Dobry dowódca natomiast to taki mądrzejszy pies, który nauczył się, że to naturalny proces i może nie domyśla się, gdzie wybywają jego opiekunowie, ale ma zaufanie, że codziennie wrócą, mniej więcej o tej samej porze. I tak samo widzę sprawę z DNA w piłce nożnej. Nie obchodzą mnie te mistrzostwa świata w wykonaniu Polski. Dlaczego? Ponieważ jestem jej fanem! I nie będę tracił czasu na patrzenie na jeden turniej, który ma mi zagwarantować jakieś tam emocje. 

 

Chcę spojrzeć na polską piłkę z lotu ptaka, a najlepiej Bielika (nie Krystiana, ptaka - jest taki). Chcę dostrzec to, co jest najważniejsze. Chcę troski i rewolucji zabezpieczającej nasz futbol. Nie interesuje mnie jakiś tam prezes. Co on może zrobić? Nie wierzę w to, że jest to człowiek, który zadba o interes polskiej piłki. Chcę dostrzec w futbolu zmianę. Nauczycieli WF’u, trenerów, osoby związane ze sportem, które mają pasję do życia, do piłki. Takie, które cechują się inteligencją emocjonalną i zarażą miłością do gry całe pokolenie dzieci. A nie tylko tego jednego czy dwóch z nażelowanymi włosami. Chcę zostać odhibernowany za 30 lat i obudzić się w Polce, gdzie na orlikach będą rezerwację, bo będzie aż tylu chętnych. 

 

Już mi się rzygać chce na myśl, że przez najbliższe 4 lub 8 lat będziemy się spierać co kilka miesięcy, zawsze gdy na jaw wyjdzie jakaś aferka, lub gdy nowy prezes napisze kuriozalnego tweeta. W kółko to samo. Potem tylko kilka publicznych wystąpień, w których będzie się uwypuklało osiągnięcia i wykonaną pracę. Będzie to przypominało poziom logiki, na mocy której argumentujemy, że czekolada jest zdrowym warzywem, bo pochodzi przecież z kakaowca. 

 

Jestem pewny, że tak to będzie wyglądać. Potem przyjdzie następny jakiś Majdan i zachrypniętym głosem będzie się śmiał na zarzuty podobne do moich. Ludzie! Przecież te włosy w żaden sposób mu nie pasują. Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem, jak siła social media potrafi z człowieka wyglądającego jak kierownik pod Biedronką zrobić z kogoś, kogo odbiera się cieplej, niż pierwotnie. 

 

Cholera, Ci podróżnicy w czasie z końca XX wieku teleportowali się, dalej tu są i przenieśli swoje DNA. Oni będą się dobierać po znajomościach do polskich pieniędzy, a ja będę idiotą, który doszukuje się dziury w całym.

 

Tylko proszę się później nie dziwić!

Ja chce konkretów. Nie, inaczej - my potrzebujemy konkretów. Trzeba przelecieć się nad stanem polskiej piłki i dostrzec wszystko z lotu ptaka. Wiecie, co ja widzę? Na horyzoncie lotu dostrzegam niebezpieczeństwo pod postacią kolesiostwa, odcinania kuponów, aferek z ekskluzywnymi panienkami i wydawaniem pieniędzy na biznes klasę w prywatnych lotach. I to jest to, o czym wspomniałem.

 

Jak się tworzy takie piłkarskie DNA? Interesuje mnie, jak to się dzieje, że z lotu ptaka taka Barcelona wygląda od dekad na jeden organizm, cechujący się wyszkoleniem technicznym, finezją i świetnymi pomocnikami? Analogicznie w przypadku polskiego PZPN widzę, że możemy wrócić do czasów czystej 40-procentowej. Zaznaczam - wrócić do tych czasów, a nie je kontynuować - bo jednak mam wrażenie, że za kadencji Zbigniewa Bońka przerwaliśmy łańcuch kolesiostwa i, mimo że nie było idealnie to jednak warto pociągnąć to w dobrą stronę. A poza tym: czyje DNA ma Lewandowski? Obojga rodziców? Polski oraz Niemiec?

 

Skąd moje - wydawaćby się mogło - pesymistyczne nastawienie? A stąd, że nie chcę tracić czasu na przekomarzanie się i śmiechy, chichy: kto ma rację a kto nie. Historia uczy mnie tego, że tutaj trzeba albo uderzyć pięścią w stół i wyrzucić z niego wszystkich hajsopijców, albo wywrócić go i zacząć grę na nowych zasadach. Jak widzę sytuację, w której np. taki prezes mnie uspokaja i mówi, że on się wszystkim zajmie? To pic na wodę, fotomontaż. Jak to samo co widzę od lat na każdym szczeblu obejmującym relację państwowo - obywatel. To samo, czego nasłuchałem się od starszych, gdy wypowiadali się na tematy polityczne. To samo, czego uczy mnie historia. Luka w prawie? Interpretacja przepisów? Oficjele instytucji państwowych niemal zawsze mydlą oczy i niemal zawsze mówią, że tego nie robią. Gdyby opierać się tylko na ich słowach to moglibyśmy uwierzyć, że żyjemy w idealnym świecie. 

 

Bo to nie jest dyskusja o formie Krychowiaka, żeby sobie jaja robić i wpuszczać jednym uchem, drugim wypuszczać. Każdemu dawać kredyt zaufania? Można. Ale trzeba się liczyć z tym, że czas płynie, lata uciekają, historię tworzą inni a my jesteśmy zamknięci w wiecznej paplaninie mejwenów. To chodzi o przyszłość polskiej piłki. Tu nie ma miejsca ani czasu na internetową dyskusję w komentarzach. A może jednak piłka nie jest dla nas - kibiców - taka ważna, skoro wiecznie dajemy sobie w kaszę dmuchać? Staliśmy się trochę takimi mejwenami. Co nas jara najbardziej w przerwie reprezentacyjnej? Te powolnie narastające napięcie. Oczekiwania, że mecz przegramy i nie możemy się doczekać burzy w internecie. Czekamy na memy, publikujemy swoje święte - bo kibcowskie - przemyślenia. A nie daj Bóg, Polska wygra! Wtedy nie ma miejsca na memy, dramaturgię i wylew toksycznych emocji na polskich Krychowiaków.

 

Jak oceniamy Polski futbol?

I należy podkreślić bardzo istotną rzecz. Stan polskiego futbolu określamy najczęściej za pomocą osiągnięć polskiej reprezentacji. Niestety, takie wyrokowanie nie różni się niczym innym od traktowania Złotej Piłki jako plebiscytu popularności. PZPN jest odpowiedzialny za szereg skomplikowanych struktur, sięgających bardzo głęboko. Dlatego również dziennikarze poruszający dziś problemy futbolu w naszym kraju mogliby posypać sobie głowy popiołem, ponieważ rozmawiają o problemach… z którymi nic nie zrobili wtedy, gdy mogli.

 

Przez dziesiątki lat nie było nikogo na straży. A już po ostatnich wyborach na prezesa PZPN były wymowne sugestie, że ktoś na kogoś głosu nie oddał, bo za rzadko pili razem wódkę. Jeśli za 4 lub 8 lat któryś z dziennikarzy będzie poruszał temat nieudanej kadencji nowo wybranego prezesa, to chciałbym mieć możliwość zadania pytania: a gdzie Pan wtedy był? O wszystko można zadbać, wszystko można zmienić, wystarczy chcieć i się zjednoczyć.

 

 

DNA

No dobrze, ale jak się tworzy to piłkarskie DNA, o którym wspomniałem? Bazując na swoich obserwacjach, zauważyłem, że jest to przenoszenie wartości i zachowań przez pokolenie (czy w przypadku piłki nożnej np. dekady/kadencje w PZPN) na następne. I nie jest to wyssane z palca, bo często bywa tak, że jedni, którzy są u władzy, na jej koniec promują następnych tak, aby zachować podobny kształt i masę danej struktury. I wydaje mi się, że Boniek trochę przerwał ten błędny łańcuch, ale teraz nie mamy gwarancji, że nie wrócimy do czasów starych fotografii i wódeczki. Polski kibic musi uświadomić sobie, że piłkarskie DNA nie jest jedynie zabiegiem literackim mającym skondensować myśl przekazującą informację. Piłkarskie DNA naprawdę istnieje i kibic ma na nie wpływ. Nie ma? A dla kogo grają piłkarze?

 

To jest jedna rzecz. A druga, która mnie najbardziej interesuje to paradoks, jaki występuje w polskiej reprezentacji. Dlaczego Brazylia w swoim DNA ma finezyjną grę i ofensywny futbol? Dlaczego Anglia nigdy nic nie wygrywa i pewnie jeszcze nie wygra, a niemiecka kindersztuba jest widoczna na każdym turnieju? Można byłoby wymieniać i wymieniać. I jakie DNA ma Robert Lewandowski?

 

A my, czyli nasza reprezentacja, mamy odwieczny problem - paradoks. Kto widział kadrę, która jest wiecznie krytykowana, nawet za wygrany mecz? I nie, nie chodzi o Sousę. Cofnijmy się do czasów Nawałki (wcześniej nie ma sensu, bo nas Ukraina robiła). Przed „wielkim” EURO 2016 każdy wygrany mecz kończył się lawiną mieszanych komentarzy, że co z tego, że wysoki wynik jak bla bla bla… Ale taki już urok ludzkiego umysłu, że w trakcie przeżywania wydarzeń odbieramy je gorzej, a z perspektywy upływającego czasu widzimy je przez cieplejszy pryzmat (dlatego warto wstrzymać się z oceną i być tym starszym, bardziej doświadczonym psem, który nie panikuje). 

 

Kwestię EURO 2020+1 poruszę za chwilę, ale najpierw weźmy pod lupę ostatnie zgrupowanie reprezentacji. Mecz z Albanią, wysoki wynik 4:1. Fala krytyki po meczu. I nie chodzi mi o to, czy jest zasłużona, czy nie, ale o to, że to jest przecież paradoks. Każda drużyna, która wygrywa 4:1 mówi sobie np. „okej, słaby rywal, udało się zgarnąć 3 pkt, jedziemy dalej”. My nie. My musimy się zatrzymać, odpalić programy na żywo, przez dwa dni dudni w internecie komentarzami różnych ekspertów. Dopiero potem możemy odespać. 

 

Paradoks nie opuszczał nas również na EURO 2020+1. Bo kto to widział, że w tym meczu, który musimy wygrać - przegrywamy. W tym, w którym mieliśmy srogo przegrać, „wygraliśmy”. A w tym, który jest naszą historyczną szansą, tracimy bramkę w pierwszej minucie (no dobra, w drugiej), całkowicie podcinającą nam skrzydła. Do tego najlepszy piłkarz świata z trzech metrów dwa razy w jednej akcji nie trafia do bramki. Czy przesadzam? To spójrzmy tylko na występy reprezentacji Polski na wszystkich wielkich turniejach w XXI wieku, gdzie pierwszy mecz jest nie tylko meczem otwarcia, ale zarówno meczem o wszystko, jak i o honor. Ile można i czym to jest spowodowane?

 

Skąd się to bierze? Czy to jest nasze DNA? Laga do Robercika, panika gaming? Naprawdę musimy być piłkarskim Tottenhamem, który zremisował z Anglią i „cyk, do gablotki”?! Nie musimy wygrywać wielkich turniejów, ale jak mamy to zrobić, skoro naszą dumą narodową jest remis z Anglią w którymś tam (nie wiem, bo mnie nie obchodzi to tak, jak anegdotki o Tomaszewskim, który tamtego dnia coś tam zjadł na śniadanie). Jak mamy dążyć do celów?

 

Fabryka imienia Roberta Lewandowskiego

A co z tym DNA Lewandowskiego? I oto kolejny paradoks. Po Robercie nie widać w tym momencie większego wpływu DNA żadnego kraju. Okej, możemy mówić, że po wygranej Lidze Mistrzów w wywiadzie pomeczowym nawiązywał do „polskości”, ale chciał tym przekazać, że nie musisz być z Manchesteru, Madrytu czy skądkolwiek - bo ciężką pracą osiągniesz sukces. Niemieckie DNA? Pewnie przesiąkł niemiecką kindersztubą i wyciągnął z niej żelazną dyscyplinę. 

 

Ale tak naprawdę Robert zrobił to samo, co Cristiano. Zapierdalał, ale zapierdalał z głową, mądrze. 

 

Jakość Roberta czy Ronaldo nie wynika z żadnego DNA. Wynika z ciężkiej pracy. Takiej ciężkiej pracy może podjąć się każdy. Jamie Vardy, który kilka lat temu robił jeszcze w fabryce, Kamil z trzecioligowej drużyny czy każdy inny Zieliński. Oczywiście ciężka praca dotyczy również pracy nad umysłem, spójrzmy na przykład Haalanda, który bardziej niż trening, ceni sobie medytację. A co jeśli stan polskiej piłki... jest oddaniem ciężkiej pracy, jakiej nie wykonywali polscy kibice przez dekady? 

 

Co, jeśli ignorancja zdradza naszą mentalność? Co jeśli Kamil z trzecioligowej drużyny wcale nie miał racji mówiąc, że „to pech” i dlatego mu nie wyszło, ale nikt mu po prostu nie powiedział, że w wieczór poprzedzający mecz się nie pije? A co, jeśli prawda kole w oczy, a dowodem na to jest uczucie oburzenia towarzyszące kibicowi czytającemu ten tekst? A co możemy w ogóle z tym zrobić? Co jeśli największym problemem, nawet nie gównem, a rakiem polskiej piłki jest kolektyw - mentalność ludzi? Co jeśli sami jesteśmy problemem? Co jeśli każdy kibic dokłada swoją cegiełkę - z pozoru nie istotną - do tej wielkiej piramidy oczekiwań i piłkarskiej toksyczności, która później odbija się na każdym orliku i reprezentacji? 

 

To widać. Gołym okiem. Wystarczy spojrzeć. Mamy 2021 rok, a gruby dalej stroi na bramce, na WF’ie nauczyciel rzuca piłkę i cyk, ogóreczek. A co robimy z reprezentacją? Jako społeczność piłkarska nie mamy sobie równych. Otworzyliśmy narodową fabrykę Lewandowskich, a prawa do wizerunku zagarnęliśmy terroryzmem kibicowskim (my, wielcy i dumni kibice zawsze mamy prawo zmieszać z gównem piłkarza, a ty grajku rób, co do ciebie należy, bo tak ci mówi pan i władca telewizora, i tak za dużo zarabiasz, oddaj. *dźwięk otwieranej puszki z piwem*). Z jakiego materiału DNA tworzymy zawodników w naszej fabryce? DNA oczekiwań i porównań. Nie przekazujemy im dobrego, sportowego DNA.

 

Co my, k. robimy?

Wróćmy do tej granicy w czasie, od której wszystko się zjebało. Od EURO 2016 uwierzyliśmy, że stan polskiej piłki jest dobry (a zaznaczam, jak wcześniej wykazałem, że piłka reprezentacyjna jest tylko mętnym odbiciem polskiej piłki w głębszych jej strukturach). Wówczas stworzyliśmy drugiego Lewandowskiego - Bartosza Kapustkę. Gdzie jest teraz? Doznał kontuzji podczas cieszynki. Podkreślam - podczas cieszynki, cholera. Co robił przez te minione lata? 

 

Gdy tylko Brzęczek wprowadzał nowego zawodnika do kadry, któremu przypadkiem piłka się odbiła od kolana i potraktowaliśmy to jako podanie kolegi - mówiliśmy o nowym Lewandowskim, o przyszłości reprezentacji. Co zrobiliśmy po meczu z Anglią? W fabryce skonstruowaliśmy kolejnego Lewandowskiego pod pseudonimem „Damian Szymański”. Trzymamy za niego kciuki i oby bez kontuzji, ale chłopak podpisał na siebie wyrok w tym meczu, bo zdobył bramkę. A co on miał zrobić. Szło dośrodkowanie od najlepszego piłkarza na świecie, wielu amatorów odpowiedniego wzrostu trafiłoby do bramki.

 

Dlaczego wyrok? Bo my lubimy tak właśnie robić. Ktoś pierdnie i już wylewają się felietony o tym piłkarzu, a dziennikarze mówią, że zawsze w niego wierzyli. Ktoś strzelił bramkę i cyk, nowy Lewandowski. No i podpisał na siebie wyrok. Od teraz będziemy stawiać mu pomniki i będziemy tworzyć tytuły, jak te z Tomaszewskim: „Człowiek, który zatrzymał Anglię”. Cały ten proces oddaje stan mentalny polskiego kibica. Może to jest właśnie nasze cholerne DNA? 

 

Gdy spytasz Anglika o taki mecz, z któregoś tam tysiąclecia, to wzruszy ramionami. Ten mecz z XX wieku i ten sprzed kilku dni jest osiągnięciem takiego stopnia, że brakuje tylko prezydenta Dudy, żeby nie zarapował czegoś w geście celebracji. A Anglicy? „No szkoda tych podziału punktów, do zobaczenia w Katarze za rok… a nie, czekaj!” 

 

Wracając - dla Szymańskiego lepiej byłoby, gdyby tej bramki nie strzelił. Teraz wszyscy postawili mu pomnik, uwydatniając na Facebooku jakieś dzikie statystyki, że chłopak powołany z rezerwy, a grecka liga nawet na dobre nie wystartowała a ten bach, brama życia, no to pewnie teraz nastrzela brameczek. Pewnie skończy jak Zieliński, któremu kibice zryli psychikę. 

 

Lewandowski, Ty skurczybyku

A dlaczego Lewandowski jest największym problemem polskiej piłki? A to już taki niesprawiedliwy zabieg dziennikarski, delikatne nadużycie mające sprowokować czytelnika. 

 

Oczywiście, że jest najlepszy na świecie i jest legendarny i nie wiem, czy w polskiej piłce będziemy mieli jeszcze kogoś takiego jak on, ale mamy z nim pewien problem. Ten człowiek maskuje prawdziwe kłopoty w naszym futbolu. Przez Lewandowskiego wielu ludzi związanych z polską piłką i odpowiedzialnych za nią może mieć złudne wrażenie, że to efekt ich dobrej pracy. Dziś z chęcią wyjdę na wariata i idiotę, ale wszystko zweryfikuje się po zakończeniu przez „Lewego” kariery. Obyśmy się załapali na te cholerne mistrzostwa świata w Katarze, bo to mogą być jedne z naszych ostatnich wspomnień z wielkich turniejów przed nieplanowaną przerwą w braniu w nich udziału. 

 

Zostaną nam jedynie krótkie reklamy piwa w przerwie podczas streamu, w których wierni kibice z uśmiechem jak w reklamie „Colgate” mówią, że zawsze wierzyli w naszych. Nigdy tego nie zrozumiem. Ktoś „kupuje” te reklamy? Wiem, że mają inną funkcję, ale nie można zrobić tego lepiej?

 

Podsumowanie

Mam nadzieję, że w następną jesień pojedziemy do Kataru, wygramy cały turniej, a Lewandowski zostanie królem strzelców. Niestety, ale warto jest uświadomić sobie, że stan polskiej piłki różni się od stanu reprezentacji. W naszym kraju są to dwie różne rzeczy. PZPN nie wpływa na sytuację w domach, kulturę oraz wychowanie, ale wpływa na te struktury, na które może. 

 

A rewolucja? Polegałaby na tym, aby w przyszłości stan reprezentacji wynikał nie z przypadku i wyjazdu polskich zawodników za granicę, ale ze struktury. I za to odpowiedzialny jest PZPN, a za PZPN jest odpowiedzialny prezes PZPN. A za prezesa PZPN odpowiedzialni są m.in. wpływowi dziennikarze i ludzie związanie ze światem sportu, tworząc tym samym społeczność sportową, na którą również kibice mają wpływ. 

 

Bo jak to jest? Kibic w piłce jest najważniejszy, ale nie ma wpływu na struktury państwowej organizacji? Ma. Rewolucja musi dotknąć już najmłodszych, dlatego potrzeba dziesięciu, a może i nawet dwudziestu lat na dostrzeżenie efektów w dorosłej reprezentacji. Dostrzeżmy własny wpływ oraz własną odpowiedzialność na stan dzisiejszej narodowej piłki, oraz tej w przyszłości. Za niedługo staniemy się narodową Barceloną, kibicem, który będzie wyczekiwał drugiego Lewandowskiego, wycinał go z papieru, aż niepostrzeżenie będzie opowiadał o „Lewym” swoim wnukom.

 

A oprócz żalu, pozostanie jeszcze przełknąć gorzką prawdę. Jaką? Że ten idiota z felietonu miał rację.

O Ligowcy.pl

Emocje związane ze sportem, rywalizacją i wygrywaniem to nasza pasja! 


Czym się zajmujemy? 

 

Naszym celem jest połączyć sport i zakłady bukmacherskie w wysokie wygrane, mnóstwo benefitów i jeszcze więcej dobrej zabawy!

 

Naszymi partnerami są legalne w Polsce firmy bukmacherskie, oferujące atrakcyjne kursy a także bezpieczne płatności. Wysokie wygrane są na wyciągniecie ręki! Dołączysz?


Nasze motto: postaw na sport!

 

Legalni bukmacherzy